Dramat! Zabił żonę na oczach czwórki dzieci

    Dramat! Zabił żonę na oczach czwórki dzieci

    Ewa Gorczyca

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Biecz. Przy ulicy Belna Dolna, gdzie rozegrał się dramat, mieszkańcy palą znicze

    Biecz. Przy ulicy Belna Dolna, gdzie rozegrał się dramat, mieszkańcy palą znicze ©Tomasz Jefimow

    Był bardzo religijny. Czekał na chwilę, kiedy w kościele z żoną odnowią przysięgę małżeńską. A kiedy odeszła, zadźgał ją nożem na oczach czwórki dzieci.
    Biecz. Przy ulicy Belna Dolna, gdzie rozegrał się dramat, mieszkańcy palą znicze

    Biecz. Przy ulicy Belna Dolna, gdzie rozegrał się dramat, mieszkańcy palą znicze ©Tomasz Jefimow

    Czekał ukryty za węgłem starego domu przy drodze. Wiedział, że żona będzie wracać z dziećmi z kościoła. W ręce trzymał kamień. Gdy zobaczył samochód, rzucił nim w przednią szybę. Doskoczył do drzwi, otworzył i uderzał ostrzem noża...

    Biecz, miasteczko między Jasłem a Gorlicami. Wąska ulica Belna Dolna od mostu na Ropie pnie się w górę, ocieniona drzewami. To tu Stowarzyszenie na Rzecz Pomocy Rodzinie "Nadzieja" prowadzi ośrodek dla osób dotkniętych przemocą.

    Miejsc jest trzynaście, ale w niedzielę, 4 grudnia, mieszkały w nim tylko dwie kobiety. Jedną z nich była Krystyna K. Uciekła od męża z czwórką dzieci.

    - Przyjęłam ją 23 września - wspomina prowadząca ośrodek Iwona Kosiba, wiceprezes stowarzyszenia. - Powodem odejścia kobiety z domu była przemoc ze strony męża. Doświadczały jej i dzieci i ona. Ona przede wszystkim.

    Iwona Kosiba nie chce mówić, w jaki sposób Bogusław K. dręczył żonę. - Tam nie było alkoholu, ale był terror, poniżanie.

    Szczęścilwa rodzina?

    W niewielkim, trzytysięcznym miasteczku Bobowa wszyscy znają rodzinę K. Bogusław przez kilka lat pracował za granicą. Rozbudował dom rodziców, założył firmę usługową.

    Sąsiedzi mówią, że był bardzo religijny, nie krył się ze swoimi prawicowo-patriotycznymi poglądami. Na portalu społecznościowym miał ponad 3800 znajomych. Chwalił się dziećmi. - "To moja córusia" - pisał pod zdjęciem.

    Pozornie szczęśliwa rodzina. - Mam przed oczami taki ich obraz. Idą na mszę, dzieci przodem, z tyłu Krystyna i Bogusław, zawsze za rękę albo pod rękę - opowiada Adam Urbanek, mieszkaniec Bobowej, dyrektor miejscowej szkoły.

    - On prawie codziennie prowadził rodzinę do kościoła - potwierdzają sąsiedzi.

    Intuicja Anny Ornatowskiej, pedagoga szkolnego i społecznego kuratora, podpowiedziała jej, że nie wszystko w rodzinie K. jest tak, jak trzeba.

    - Uczniowie wypełniali ankietę. W wypowiedziach dziewczynek coś mnie zaniepokoiło. Poprosiłam Krystynę, żeby pojechała z najstarszymi córkami do psychologa. Była ze dwa razy. Skarżyła się, że nie wie jak wytłumaczyć mężowi wyjazdy z domu.

    Żeby klęczeć w kościele

    Bała się go. Kontrolował każdy jej krok. Rozmowy przez komórkę, korzystanie z internetu, z komputera... Chciała iść do pracy, usamodzielnić się - nie pozwolił. Mogła jedynie pomagać mu w firmie.

    - Była atrakcyjną kobietą, zawsze elegancko ubrana - wspomina dyrektor Urbanek. - Miała gust, artystyczny zmysł.

    - I talent do rękodzieła - dodaje Anna Ornatowska. - Robiła koronki, biżuterię, ozdoby świąteczne, dekorowała sale.

    O nim mówią, że miał specyficzny charakter. Czytał książki psychologiczne, interesował się medycyną niekonwencjonalną. Kazał sobie gotować specjalne posiłki dobre na kości, żeby mógł w kościele klęczeć.

    Jakiś czas temu Krystyna zaczęła ubierać się na czarno. Jego te "żałobne" stroje denerwowały. - Ostatnio posmutniała. Widać było, że coś ją gryzie - przypomina sobie Ornatowska.

    Postanowiłam: muszę odejść

    23 września Krystyna zabrała ze szkoły czwórkę swoich dzieci. Dwa dni wcześniej dziewczynki zaczęły ukradkiem pakować rzeczy i wynosić na strych. Krystyna bała się, że mąż się zorientuje, co planuje. Gdy pojechał do pracy, wsiedli w piątkę do samochodu.

    - Powiedziała mi: postanowiłam, muszę odejść - opowiada Ornatowska.

    To był piątek. - Pamiętam, bo akurat u nas trwały misje. W niedzielę miała być msza dla małżeństw z odnowieniem ślubów. Dla Bogusława było to ważne. Mówił do żony: "po niedzieli dopiero zobaczysz, co będzie, jak mi powiesz w kościele...". Może to było ponad jej siły?

    Krystyna już raz próbowała odejść. Uciekła z dziećmi do matki. Błagał ją, żeby go nie zostawiała. Wróciła po tygodniu.

    Tym razem było inaczej. Krystyna pojechała tam, gdzie Bogusław nie mógł jej znaleźć tak szybko. Na stole zostawiła tylko spis miejsc, gdzie trzeba było zrealizować zamówienia od klientów firmy. Nic więcej, żadnego listu ani pożegnania.

    Tylko syn się przytulił

    - Dla niego to było nie do przyjęcia. Przychodził, próbował się ode mnie dowiedzieć, gdzie jest Krystyna. Przekonywał, że chce jej wysłać pieniądze. Zapewniałam go, że żona i dzieci są bezpieczne - mówi Ornatowska.

    Iwona Kosiba: - Do ośrodka nie miał wstępu. Ale słyszałam, że kręci się po okolicy, szuka kontaktu.

    - Wreszcie jakoś dowiedział się, że dzieci chodzą do szkoły w Bieczu. Pojechał się z nimi zobaczyć. Nawet prosił mnie, żebym uprzedził dyrektora. Trudno było go powstrzymać, w końcu miał pełne prawa jako rodzic - opowiada Adam Urbanek.

    Bogusław K. opowiadał potem Urbankowi o tym spotkaniu. Był rozżalony, bo dziewczynki nie chciały z nim rozmawiać. Tylko syn się przytulił.

    Anna Ornatowska opowiada, że Bogusław K. przychodził do niej jeszcze do połowy listopada.

    - Chyba potrzebował rozmów. Ja mu mówiłam, że żona nie odeszłaby bez powodu. Nie idzie się w nieznane, jeśli dom jest dobry, ciepły. Dałam mu książki o przemocy. Powtarzałam, że powinien iść do psychiatry, na terapię. Mówiłam, żeby spokojnie czekał na sprawę sądową, na ustalenie kontaktów z dziećmi. On na początku był skruszony, obwiniał się. Ale w końcu oświadczył mi butnie: będę się leczył, jak ona zacznie się leczyć.

    Gdzie się podzieję z dziećmi?

    Sąsiedzi z ulicy mówią, że jak odeszła, to się zmienił. Wychudł, skarżył się, że się wszyscy od niego odwrócili. Bał się, że żona go puści z torbami.

    - Ona była zdecydowana na zerwanie związku - mówi Iwona Kosiba.

    - Z początku miała obawy - podkreśla Anna Ornatowska. - W ośrodku mogła zostać tylko do 23 grudnia. Mówiła: nie mam domu, gdzie się podzieję z dziećmi?

    - Była miłą osobą, oddaną dzieciom - podkreśla Iwona Kosiba. - Zapewniliśmy jej opiekę psychologa i terapeuty. Dzieci zaaklimatyzowały się w nowej szkole, ona robiła plany na przyszłość.

    - Wspominała o wyjeździe do siostry, która prowadzi w górach pensjonat. Mówiła, że może tam znajdzie pracę - opowiada jej znajoma.

    Sprawą znęcania zajęła się prokuratura. 7 listopada Krystyna K. złożyła pozew o rozwód. Na 9 lutego Sąd Okręgowy wyznaczył termin rozprawy.

    Uderzał nożem jak w amoku

    4 grudnia Krystyna z dziećmi i koleżanką wracały samochodem z niedzielnej mszy. Było kilka minut po godz. 11, gdy wjechała w ul. Belną Dolną, prowadzącą do ośrodka.

    W przednią szybę uderzył duży kamień, rozbijając szkło w pajęczynę pęknięć. Bożena zatrzymała samochód. Bogusław otworzył drzwi od strony kierowcy.

    - Zaczął zadawać ciosy ostrym narzędziem - relacjonuje Tadeusz Ceba, prokurator rejonowy w Gorlicach.

    Uderzał nożem jak w amoku, na oślep. W klatkę piersiową, w brzuch. - Ciosów było kilkanaście. Śmierć nastąpiła na miejscu. Wszystko działo się na oczach dzieci. Sprawca uciekł - mówi Ceba.

    - Musiał się zaczaić tu, za starym domem po moich rodzicach - przypuszcza Jan Wójcikiewicz, mieszkaniec Belnej Dolnej. - A ten duży otoczak pewnie zabrał z podmurówki, łatwo je wyciągnąć.

    W Bieczu nikt z mieszkańców nie widział, jak Bogusław K. zadaje śmiertelne ciosy. - Tylko ta druga pani, która jechała samochodem i dzieci. Zabrało ją pogotowie, była w szoku - opowiada Wójcikiewicz.

    Ludzie się zbiegli, jak usłyszeli karetki i zobaczyli radiowozy. Policjanci pobiegli z psem tropiącym w kierunku rzeki, potem podjechała tam karetka.

    Znaleźli Bogusława K. półprzytomnego, w zaroślach, 300 metrów od drogi. Krwawił, nie był w stanie uciekać. - Prawdopodobnie sam zadał sobie rany, chciał popełnić samobójstwo - mówi Dariusz Nowak, rzecznik prasowy małopolskiej policji.

    Dlaczego tacy smutni?

    Bogusław K. jest w szpitalu. Będzie przesłuchany, gdy pozwolą na to lekarze.

    Dzieci wzięła do siebie matka Krystyny. W jej rodzinnej miejscowości wieść o dramacie szybko się rozeszła.

    - Bardzo mi ich żal - opowiada sąsiadka. - Dziewczyna nie miała łatwego życia. Wcześnie straciła ojca. Zginął na torach, niedaleko domu. Młodziutko wyszła za mąż. Poznali się na pielgrzymce do Częstochowy. Wydawało się, że życie dobrze jej się ułoży...

    Matka Krystyny nie czuje się na siłach, by rozmawiać.

    - Może za jakiś czas. Teraz to wszystko takie świeże, muszę chronić wnuki - mówi ze łzami. - Proszę tylko napisać, że dziękuję paniom z ośrodka. Za to, że córce stworzyły namiastkę prawdziwego domu.

    Rodzice Bogusława K. tuż po dramacie trafili do szpitala. Wrócili już do domu, ale też nie są w stanie rozmawiać.

    Wśród setek zdjęć, które Bogusław K. umieścił na internetowym profilu, jest takie, na którym stoją w ogrodzie: córki, syn, on i Krystyna. - "Śliczna rodzinka, tylko dlaczego wszyscy tacy smutni?" - skomentował ktoś pod fotografią.

    - Nie mogę tego zrozumieć - mówi Anna Ornatowska. - To są takie kochane dzieci. Ufne, ciepłe, mądre. I on o nie walczył. A potem odarł je z wszystkiego.

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (44)

    Wszystkie komentarze (44) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo