POLECAMY
    NA URLOP

    A gdyby tak...

    Rozwiń
    Marcin z Rzeszowa jako pierwszy Polak zdobył Mount Baruntse

    Marcin z Rzeszowa jako pierwszy Polak zdobył Mount Baruntse

    Wanda Mołoń

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Wrócuł szczuplejsz o 13 kilogramów z przemrożoną twarzą. Ale mówi, że było warto.

    Wrócuł szczuplejsz o 13 kilogramów z przemrożoną twarzą. Ale mówi, że było warto. ©Archiwum Marcina Dudka

    Marcin Dudek z Rzeszowa, na szczycie Mount Baruntse, 7168 m n.p.m., Himalaje, Nepal. Ta góra błędów nie wybacza.
    Wrócuł szczuplejsz o 13 kilogramów z przemrożoną twarzą. Ale mówi, że było warto.

    Wrócuł szczuplejsz o 13 kilogramów z przemrożoną twarzą. Ale mówi, że było warto. ©Archiwum Marcina Dudka

    Niegościnny szczyt

    Marcin Dudek wspina sie od 8 lat. Archiwum
    Marcin Dudek wspina sie od 8 lat. (fot. Archiwum)

    Niegościnny szczyt


    Pierwszy raz Baruntse zdobyto w 1954 r. W 2009 r. nieudaną próbę podjęli Polacy. Góra jest niezwykle wymagająca. Nawet na Mont Everest idzie się dwa dni krócej.
    Dodatkowo trasę zniszczyło tegoroczne trzęsienie ziemi, dlatego tylko kilka osób zdobyło w tym roku szczyt.



    Im wyżej, tym mniej tlenu. Coraz trudniej oddychać. Co pięć, dziesięć kroków zatrzymuje się, robi kilka oddechów. Jeszcze sekunda, dwie, odpocznę i pójdę dalej - myśli…

    Wejdzie, chyba że góra postanowi inaczej, bo to ona decyduje, czym zaskoczy. Lawiną, szczeliną, uskokiem, nagłym spadkiem temperatury, wiatrem. A błędu góra nie wybacza. Ona jest twoją Panią.

    2 listopada, godzina 9.30 czasu nepalskiego na szczycie Mount Baruntse, 7168 m n.p.m., staje Marcin Dudek z Rzeszowa, pierwszy Polak. Pół godziny później dociera Izabela Czaplicka z Poznania, pierwsza Polka.

    Góry wołają, im częściej jeździsz, tym wyraźniej je słyszysz. Żeby się sprawdzić. Żeby pokonać słabości, lęki, samotność.

    Marcin wie, że siły i wola mogą załamać się w każdej chwili. Każdy dźwiga na plecach około 20 - 30 kilogramów, kobiety - nieco mniej. Objuczeni namiotami, sprzętem wspinaczkowym, śrubami, szablami, rakami, hakami, liną, kartuszami (pojemniki z butanem), jedzeniem liofilizowanym.

    - Niezbyt smaczne, za to odżywcze - mówi Marcin. - Smakuje jak papka z trawy.
    - Przecież brałeś kabanosy - wpada w słowo Kasia, żona.

    Zamarzły na kość, rozgrzali je nad gazem, zjedli z Izą w dniu ataku na Baruntse. Niebo w gębie. To była nagroda.

    Przed wyprawą biegał, wspinał się, trenował w domu i na siłowni przez rok. Bo z chodnika w takie góry się nie idzie.

    Z Kasią i synem Filipem mieszkają w Terliczce pod Rzeszowem. Marcin, grafik komputerowy, prowadzi agencję reklamową. Dziś Kasia, szczęśliwa, że wrócił cały i zdrowy pozwala sobie na żart, że nic trwalej nie wiąże niż wieloletni kredyt na dom. Pomarudzi, ale nie zabroni mężowi chodzić w góry, wie że dla niego to drugi dom.

    Musisz wiedzieć, kiedy zawrócić

    Ni to sen, ni czuwanie. Wsłuchiwanie się w swoje ciało i myśli. Nawet gdyby budzik nie zadzwonił o północy 2 listopada i tak zerwałby się, by po raz drugi zaatakować szczyt. Wyruszają z 6400 m n.p.m.

    Marcin: - Najpierw próbowaliśmy 31 października. Wyszliśmy za późno. Próba nieudana, ale cenna. Teraz znamy uskok, znamy drogę powyżej obozu II, jest dobrze.

    Na szczyt musisz dotrzeć do południa, żeby zdążyć przed nocą zejść do bazy. Inaczej zamarzniesz. Po południu często przychodzą chmury i zrywa się wiatr, a silny wiatr na wysokości 7 tysięcy metrów to nic przyjemnego, odczuwalna temperatura może spaść o kolejne 20 stopni. Na zejście masz kilka godzin i dużo mniej sił. W górach wysokich musisz wiedzieć, kiedy zawrócić.

    Zdobył Baruntse, jako pierwszy Polak.
    Co czuł?
    - Przepełniającą radość. Szczęście porównywalne do narodzin dziecka. Dla tych kilku minut warto się wspinać!

    Ruszamy, a lot wyrywa z butów

    Do Kathmandu, stolicy Nepalu dotarli - przez Moskwę i Delhi - 9 października. Stąd skok do Lukli, lotniska w górach. "Lot wyrywał z butów" - powiedzą po wylądowaniu. Tak huśtało samolotem.

    - Z Lukli (2800 m n.p.m.) szliśmy sześć dni przez góry. Kompletne bezludzie, tylko natura, kamienie, przełęcze, potoki. I my.

    Dla bliskich na dole, w Rzeszowie, Warszawie, Poznaniu, Bielsku Białej, prowadzili dziennik. Oszczędny w słowach.

    Katarzyna Dudek ("wrócił, ale ja do dzisiaj nie mogę opanować drżenia rąk") mówi, że gdyby coś stało się Marcinowi, pewnie dowiedziałaby się ostatnia.

    Z dziennika: "Dotarliśmy do Chutanga (3550 m n.p.m.). Wyszliśmy po 16., bo król tragarzy - had a big problem. Końcówkę przemierzaliśmy przy światłach czołówek. Nie wszyscy tragarze dotarli. Dziś idziemy przez przełęcz Zatrwa La (4600 m n.p.m.) do Thuli Kharka".

    Po sześciu dniach wyczerpującego marszu docierają do Base Camp na wysokości 5450 m n.p.m. Organizm reaguje na zmianę wysokości. Boli głowa. Mają dzień aklimatyzacyjny, żeby organizm odpoczął i przywykł. Inaczej - krok i zadyszka - bo w powietrzu jest coraz mniej tlenu. Tylko połowa tego, co wdychamy na nizinach.

    Z Camp Base w górę

    W Camp Base zastają inne zespoły. Uprzedzają Polaków, że warunki są wyjątkowo trudne - dużo szczelin, a szczytu Baruntse w tym roku jeszcze nikt nie zdobył.

    W Himalaje wyruszają w siódemkę - Aleksandra Ihnatowicz, Anna Czerwińska z Warszawy (najbardziej doświadczona, była na 7 ośmiotysięcznikach), Agnieszka Konopka, Izabela Czaplicka i Paweł Lulek z Poznania, Robert Dziech z Bielska Białej i Marcin Dudek z Rzeszowa. Towarzyszy im osiemnastu szerpów - tragarzy.

    Marcin: - Drobni, niewysocy mężczyźni, niewiele ponad 150 wzrostu, mocni. Dźwigają około 600 kilko ekwipunku i pożywienia na ponad miesiąc dla 7 osób. Szerpowie zostawiają polską grupę w Camp Base, mają wrócić po nich za miesiąc.

    Aby założyć pierwszy obóz - Camp 1 na wysokości 6100 m n.p.m. - wspinają się około 7-8 godzin. Największym problemem jest pokonanie 300-metrowego ostro pochylonego lodowego uskoku.

    Z dziennika: " Camp 1 założony. Nocleg w nim zaliczony. Widok na Makalu przepiękny. Kolejnego dnia Robert i Marcin założyli Camp 2 na 6400m, teraz są w drodze do Base Camp aby odpocząć 2 dni. Aga i Lulek są w Camp 1, a jutro idą do Camp 2. Reszta odpoczywa".

    Pocisz się i marzniesz

    Nie myją się trzy tygodnie. Zalatuje od każdego. Woda w cenie złota, do picia, organizm musi być nawodniony. Więc topią śnieg z lodu. Na dwie szklanki schodzi dwadzieścia minut. Żeby natopić na trzy osoby i zrobić wodę do termosów, potrzeba pięciu godzin.

    Marcina dopada infekcja, zażywa antybiotyki. Po 3 dniach choroba odpuszcza.
    - Zadziora jestem, nie myślałem o wycofaniu się.

    Góra jest nieprzewidywalna, ale docenia, jak komuś zależy. Wychodzisz z bazy w słońcu, możesz iść lekko ubrany. Kiedy słońce się chowa, w sekundzie temperatura spada o 10 - 20 stopni C.

    Nogi zapadają się w śniegu, a oczy zalewa ci pot. Naciągasz na siebie wszystko co masz, łącznie z kominiarką na głowę, i tak wiele razy… Raz się rozbierasz, raz ubierasz.

    Łatwiej idzie się, jeśli ktoś szedł przed tobą. Marcin z Izą i Robertem zmieniają się co 50 -100 metrów na torowanie drogi.

    My na szczyt, a inni zawracają

    - Zaczynamy około drugiej w nocy, ja idę pierwszy. Po drodze wyprzedzamy inne zespoły. Tak szybko poruszamy się pewnie z zimna, a i mamy już dobrą aklimatyzację. Brytyjczycy w pełnych kombinezonach puchowych mimo to zawracają z zimna. My ubrani skromniej i lżej, ale termicznie dla mnie do wytrzymania. Pod warunkiem że ciągle napierasz, jak staniesz to czuć temperaturę. W nocy na ataku szczytowym jest około minus 30. Czekam na wschód słońca. Patrzę na horyzont i modlę się, żeby pierwsze promienie ogrzały mnie choć trochę. Nareszcie! Za mną idzie Iza. Potężna grań, pocięta nawisami i szczelinami, w niektórych miejscach zabezpieczona linami poręczowymi, zajmuje mi kolejne trzy godziny. O 9:30 docieram do wierzchołka. Zdjęcia i czekam na Izę. 10 min, 20min… Za zimno, nie daję rady, zaczynam schodzić. Tuż pod wierzchołkiem widzę Izę, mijamy się bez słowa. Ona dociera na szczyt jakieś czterdzieści minut po mnie. Robert wycofuje się. Zna swoje siły. Każdy ocenia się sam. I bierze odpowiedzialność za swoje życie.

    13 kilo mniej

    W wysokich górach, mimo łączności i towarzyszy, jesteś sam. Ale też musisz ufać temu, kto idzie za tobą, z tobą lub przed. Często jesteście związani liną.

    - Kiedy podążasz krok za krokiem, nie czekasz na drugiego, bo stojąc odmrozisz się lub mocno wychłodzisz! Już na wierzchołku Baruntse próbowałem zaczekać na Izę, na wspólne zdjęcie. Nie dałem rady.
    Przed szczytem zgubiłem łapawicę (puchowa rękawica, wkładaną jako trzecia warstwa ochronna - red.). Po 20 minutach straciłem czucie w rękach i nogach, musiałem zacząć schodzić.

    Schodził o trzynaście kilo szczuplejszy, z 85 kg wagi przed wyprawą zostało 72. Z przemrożoną twarzą. I przekonaniem, że warto było "jak cholera".

    Tego dnia góra była łaskawa. Atakowało ją ośmiu Brytyjczyków i Polacy. Na szczycie stanęło pięć osób.

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (7)

    Wszystkie komentarze (7) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo