Mroczna tajemnica bezimiennych grobów w Strażowie

    Mroczna tajemnica bezimiennych grobów w Strażowie

    Andrzej Plęs

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Trzeba, by pamięć o tym miejscach i tamtych wydarzeniach przetrwała - mówi Robert Kawalec.

    Trzeba, by pamięć o tym miejscach i tamtych wydarzeniach przetrwała - mówi Robert Kawalec. ©Andrzej Plęs

    Ktoś na leśnym kopczyku z krzyżem pali znicze. I nie pozwala zapomnieć miejscowym o tragicznej historii z powojennych lat Strażowa.
    Trzeba, by pamięć o tym miejscach i tamtych wydarzeniach przetrwała - mówi Robert Kawalec.

    Trzeba, by pamięć o tym miejscach i tamtych wydarzeniach przetrwała - mówi Robert Kawalec. ©Andrzej Plęs

    Jeden krzyż metalowy, mocno pokryty rdzą. Tuż przy nim - drewniany, biały. Kilka wypalonych zniczy na grobowym pagóreczku i żadnej tabliczki z nazwiskiem, datą śmierci. Wszystko to na skraju lasu, daleko od zabudowań.

    Nie wiadomo, kto tu leży i czy w ogóle leży. Nie wiadomo, kto dba o to miejsce. A że dba, to widać. Gdyby nie dbał, deszczowa woda już dawno zmyłaby pagórek do pobliskiego strumienia, nie byłoby zniczy, krzyże by się nie utrzymały.

    Za starą bażanciarnią drugi ziemny grób. Też zadbany. Krzyż i sztuczne kwiaty, ziemia nagrobka zamknięta między starymi, drewnianymi belkami. Czterdziestolatek pod sklepem mówi, że jeszcze w swoich szkolnych czasach łaził tam z kolegami palić świeczki. Komu? Nie wie i koledzy też nie wiedzieli. Tylko we wsi mówili, że ktoś tu zginął po wojnie, kogoś zakopali.

    Akcja: ograbić swoich

    Przy kolejowych torach w Strażowie koło Rzeszowa na tzw. Winklu Władka Panka jeszcze kilka lat temu można było znaleźć krzyż ułożony z polnych kamieni. Ponoć banda Bronka P. rabowała tu ludzi, wracających po wojnie z robót w III Rzeszy.

    System był prosty: ze stacji w Rzeszowie szła drogą telefoniczną informacja do stacji w Strażowie: jedzie transport. W Strażowie już na niego czekali, czerwony semafor kazał maszyniście zwolnić, teren w tym miejscu płaski, na nasyp nie trzeba się było wspinać.

    W bydlęcych wagonach i na dachach wagonów wracali do domów ufni ludzie, szczęśliwi, że przeżyli piekło wojny. Tobołki tych wracających miejscowa banda ściągała strażackimi bosakami z wagonów. Bronili się - dostawali w łeb i szli do ziemi. Albo do pobliskiego Wisłoka.

    - A niechby ktoś rozkopał to miejsce niedaleko torów, w którym był staw - sugeruje pan Bronisław.

    Stawu już nie ma, zasypywano go po trochu. Potem było tu dzikie wysypisko śmieci, teraz stoi przepompownia oczyszczalni ścieków. Jeśli wierzyć panu Bronisławowi, w kościach ludzkich stoi.

    Ile trupów tu wrzucono? Nie ma pojęcia. Nikt nie liczył tych, których wrzucono do Wisłoka.

    Diabeł mu nie dał rady, to koń mu dał

    A ten krzyż z kamieni przy torach, to ku pamięci młodej kobiety, ściągniętej bosakiem przez bandziorów. A ściślej - bandzior ściągnął dziecięcy wózek. Pewnie spodziewał się znaleźć w wózku dobytek, ale w wózku było dziecko. Matka skoczyła na pomoc, nie miała szans.

    Akurat jej trup długo nie leżał przy torach, przyszli miejscowi z sołtysem i szybko pochowali na gruncie pani Zofii. Może ulitowano się nad przedwcześnie zgasłym macierzyństwem kobiety, ale starzy ludzie w Strażowie mówią, że tej pierwszej powojennej zimy obrabowane zwłoki leżały przy torach całymi dniami.

    - Jeden leżał za naszymi świerkami całą zimę, śniegiem przywalony - podpowiada pani Maria, co dwie wojny przeżyła i wciąż nieopodal torów mieszka.

    O zabitej kobiecie mówi tu wielu, co się stało z jej dzieckiem, nie wie nikt.
    - A ten krzyż z kamienia to my robiły, jeszcze z dzieciami - zapewnia pani Maria.

    I mówią jeszcze, że Bronek, co ją bosakiem ściągnął z wagonu, to przez lata na tory naręczami kwiaty nosił i świeczki palił. Sumienie mu kazało. Dopóki pewnego dnia konie go nie pociągnęły, jak je zaprzęgał, bo drużbą miał być na weselu.

    - Diabeł mu nie dał rady, to koń mu dał - kwituje inna pani Maria.
    - Bozia go pokarała, najpierw ślepie stracił, potem go konie podarły - dodaje pani Zofia.

    Spłoszony koń pociągnął zaplątanego Bronka za sobą, od czego ten zmarł straszną śmiercią. Podobnie jak inni bandyci - szabrownicy: udar albo wylew, albo rak. Dla miejscowych to znak, że jakaś sprawiedliwość Boża istnieje.

    Ten tylko wiedział, kto chował

    Robert Kawalec mieszka tu od lat, ale na grób za starą bażantarnią Potockich trafił przypadkiem. O tym leśnym też przypadkiem się dowiedział i zaczął pytać: czyje one, kto o nie dba i dlaczego.

    Zaczęły wychodzić historie straszne z pierwszych powojennych lat Strażowa. Tej bezimiennej kobiecie, która przy torach zginęła, dla której pani Zofia krzyż z kamieni układała, Kawalec chciał krzyż stawiać.

    - To by na te krzyże pieniędzy brakło - wątpi pani Zofia. - Gdyby tak przejść po tych torach, to niejeden grób trzeba by sypać i niejeden krzyż stawiać.

    A pani Maria dodaje, że nie tylko przy torach, bo i w polu, i w lesie, i na brzegu rzeki.

    - I ten tylko wiedział, kto chował - mówi. - Bez kościoła, bez ceremonii.

    Krzyż za starą bażantarnią też ku pamięci bezimiennej ofiary rabunku. Pan Bronisław opowiada, że tam zamordowali człowieka, który wracał do domu z robót w III Rzeszy.

    - Zaszedł do Strażowa, o nocleg poprosił, to mu nocleg dali w domu Bronka W. - ciągnie opowieść. - A nocą Bronek wyprowadził człowieka za wieś. Dla tej walizki, co miał z sobą, dla butów? Bo jak tego człowieka znaleźli, to martwy, do drzewa był przywiązany, bez butów.

    Że bez butów, bez ubrania, to i pan Kazimierz pamięta, ale niekoniecznie przywiązany był, może tylko oparty o pień.
    Pani Zofia powiada, że i Bronka W. sprawiedliwość dopadła: zaniemówił po wylewie, do końca dni swoich się męczył z życiem.

    Onufry R., "krwawy diabeł" - jak mówi pani Maria (ta pod dwóch wojnach) - i agent Urzędu Bezpieczeństwa (jak mówią dokumenty IPN) - nie lepszy od Bronka, który transporty rabował.

    To on upoił bimbrem młodego Wojtka, co go matka jednego jedynego miała. I zabrał na szaber, na tory. Nie pierwszy raz, ale teraz wuj Wojtkowi iść zabronił. Wojtek przysięgał wujowi, że to już ostatni raz, że będzie im lepiej.

    - Na węgiel na wagony poszli - wspomina pan Antoni. - Wojtek nie wrócił, jeden Ruski go zabił przy kradzieży.

    Starsza pani Maria pamięta ten pogrzeb. Matka rozpaczała nad trumną jedynaka i jeszcze wypominała mu, że po tej wycieczce na tory miało być im lepiej, a teraz nie ma go wcale.

    Mówią, że Bronek S. też był straszny zbój.

    - Dużo trupów miał, jego matka od torów do kaplicy siedem na plecach przyniosła - wspomina pani Maria. - A pieniędzy miał pełne kieszenie, sprzedawał ludziom to, co zdarł z torów.

    Archiwa Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie mówią, że Bronka S. powieszono w czerwcu 1946 roku za zabicie trzech sowieckich żołnierzy. Prokuratura w trakcie powojennego procesu przypisywała mu znacznie więcej: kradzieże, rozboje, zabójstwa na tle rabunkowym.

    Nawet zabójstwo tej kobiety z dzieckiem przy torach. Do którego się przyznał, podając nawet szczegóły wydarzeń. Dopiero potem okazało się, że to przyznanie śledczy wymusili biciem, a w chwili zabójstwa podróżnej Bronek S. był na kursie szoferskim z Nisku, na co miał świadków. Tragiczna postać, akowiec z licznymi, spektakularnymi akcjami przeciwko hitlerowcom, ale miejscowi wolą pamiętać go, jako zbrodniarza.

    Ku (gasnącej) pamięci

    Ubywa tych, którzy cokolwiek jeszcze pamiętają z pierwszych powojennych lat w Strażowie. Którzy pamiętają miejsca, gdzie ginęli ludzie i kto ich mordował.

    - Przez lata przechodziłem koło tych miejsc bez emocji - mówi Robert Kawalec. - Bo nie wiedziałem. Teraz, kiedy już wiem, każde z nich jest jakoś emocjonalnie naznaczone. I trzeba, by pamięć o tym miejscach i tamtych wydarzeniach przetrwała.

    Ciało zabitej przy torach kobiety ekshumowano między 1952 a 1956 roku, spoczęła w innym grobie, choć wciąż bez nazwiska. Kto spoczywa pod strażowskim lasem na "Opuście"? I czy ktokolwiek? W Strażowie niektórzy mówią, że tu podczas okupacji zabito Niemca, który nazbyt gorliwie zbierał kontrybucję.

    - Wątpliwe, by był to żołnierz niemiecki, bo wówczas Strażowowi groziłaby pacyfikacja - wątpi Bogusław Kleszczyński z rzeszowskiego oddziału IPN. - Być może był to polski urzędnik administracji rolnej.

    Kto leży za starą bażantarnią? I czy ktokolwiek leży"? Ile rzeczywiście bezimiennych i zapomnianych grobów kryje ziemia przy torach?

    - Proceder okradania transportów kolejowych rozpowszechniony był na całym terytorium okupowanej Polski - uściśla Kleszczyński. - Celem napadów na pociągi była przede wszystkim żywność i węgiel. I nawet Niemcy często przymykali oko na takie akty kradzieży, traktując je, jako nie bardzo szkodliwe.

    W Strażowie, ale w wielu innych miejscach, zwyczaj okupacyjny przeciągnął się na lata powojenne. I znów za cichym przyzwoleniem nowej już władzy.

    - Śmiało można przyjąć, że milicja tolerowała akty rabunku na kolei, przynajmniej w Strażowie - dodaje Kleszczyński. - Z prostego powodu: od rabusiów ściągała łapówki.

    Masowe zabójstwa przy tej okazji? IPN wątpi w masowość tych śmierci, ale przyznaje, że się zdarzały. A potem wiejska legenda je wyolbrzymiała. Dlaczego lokalna społeczność milczała na ten temat?

    Bo lokalna społeczność to wspólnota. I nie tylko rabusie mieli z tego zysk. Pani Maria opowiada, że ze zrabowanych przez Bronka P. i kupionych u niego firan, miała chustkę na głowie i sukienkę. I nie tylko strach przez karą zamykał wszystkim usta. Także żądza zysku.

    Nie podajemy nazwisk domniemanych sprawców, ponieważ ich potomkowie wciąż mieszkają w Strażowie.

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (15)

    Wszystkie komentarze (15) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo