Nowiny24
    Polecamy

    Polecamy na weekend

    Rozwiń
    Nowiny24
    Zwiń

    Polecamy na weekend

    Lubisz zagadki logiczne? Jesteś spostrzegawczy? Zmierz się z naszym szybkim testem na inteligencję. Wynik 12/15 będzie sukcesem!

    Wolność za dwie flaszki, czyli jak prokuratura polowała na...

    Wolność za dwie flaszki, czyli jak prokuratura polowała na celników

    Andrzej Plęs

    Nowiny

    Aktualizacja:

    Nowiny

    Kwiecień 2007 roku. Policjant przemyskiego CBŚ prowadzi na przesłuchanie jedną z podejrzanych  celniczek.

    Kwiecień 2007 roku. Policjant przemyskiego CBŚ prowadzi na przesłuchanie jedną z podejrzanych celniczek. ©Archiwum

    Przyznasz się - pójdziesz do domu. Nie przyznasz się - stracisz wszystko. Tak przemyska prokuratura zbierała materiał dowodowy przeciwko celnikom. Skończyło się kompromitacją.
    Kwiecień 2007 roku. Policjant przemyskiego CBŚ prowadzi na przesłuchanie jedną z podejrzanych  celniczek.

    Kwiecień 2007 roku. Policjant przemyskiego CBŚ prowadzi na przesłuchanie jedną z podejrzanych celniczek. ©Archiwum

    Wrzesień 2008 roku dla przemyskich celników był miesiącem pogromu. Policjanci Centralnego Biura Śledczego wyłapywali ich w miejscu pracy i w domu, rano i wieczorem, czasem przy dzieciach zakuwano ich w kajdanki.

    Prokuratura Okręgowa w Przemyślu miała swoje pięć minut: zorganizowana grupa przestępcza wśród celników, korupcyjna ośmiornica, brali pieniądze i brali alkohole, żeby przymykać oczy na trochę więcej papierosów i wódki, wwożonych przez Medykę do Polski.

    Dokładnie 101 zostało zatrzymanych: funkcjonariuszy straży granicznej, policjanci, ci, którzy łapówki mieli wręczać i celnicy. Największe żniwa prokuratura miała wśród celników: 70 pod konwojem przewieziono na przesłuchania.

    Celnik to takie "coś"

    Nastroje w przemyskiej Izbie Celnej - jak po eksplozji bomby atomowej. Od fali uderzeniowej poległo 70 z nich, a należało się jeszcze liczyć z chorobą popromienną. Bo zatrzymani celnicy zaczęli przed prokuratorem wzajemnie na siebie skarżyć, każdy z oskarżanych musiał się liczyć z tym, że będzie następnym na prokuratorskiej liście zatrzymanych.

    Każdy z zatrzymanych był automatycznie zawieszany w czynnościach służbowych na czas nieograniczony, z prawem do połowy poborów. Większość z tych 70. natychmiast straciła pracę.

    Po trzech latach procesów sądowych 18 celników zostało uniewinnionych, reszta liczy na podobne rozstrzygnięcie. Te trzy lata złamały ludziom życie, niektórym zdrowie, wszystkim - wiarę z system sprawiedliwości.

    - Moje życie przez te trzy lata uległo znacznej zmianie - mówi z goryczą Anna, jedna z uniewinnionych celniczek. - Po okresie zawieszenia w pracy, w 2010 roku zostałam zwolniona na podstawie Ustawy o Służbie Celnej.

    Nie czekano na skazujący mnie wyrok. Wyrok został wydany zaocznie przez Dyrektora Izby Celnej i nie było od niego odwołania.

    Zwolniono ją na podstawie takiego paragrafu, że urząd pracy odmówił jej prawa do zasiłku. Urząd pracy miał z tym pewien problem, bo celnik to nie pracownik w rozumieniu prawa pracy. Ani funkcjonariusz służ mundurowych.

    - Celnik to takie coś, z czym nie wiadomo co zrobić - kwituje Anna.

    Miesiące zajęło jej pisanie odwołań do urzędu pracy, w końcu udowodniła, że nie została zwolniona dyscyplinarnie i przyznano jej zasiłek dla bezrobotnych. Na uniewinnienie przyszło jednak długo jeszcze czekać.

    Wszyscy winni wszystkiego

    "... oskarżam o to, że od marca 2004 do czerwca 2007 roku w Medyce, jako funkcjonariusze Wydziału Zwalczania Przestępczości Izby Celnej w Przemyślu, kilkadziesiąt razy przyjmowali korzyści majątkowe w postaci od 30 do 300 zł od kierowcy każdorazowo odprawionego autobusu w zamian za pozytywnie przeprowadzoną odprawę celną oraz ustalenie minimalnej kwoty mandatu karnego za nadwyżkę towarów, a także uczestniczyli w podziale zysków wraz z innymi funkcjonariuszami celnymi" - stało w prokuratorskim akcie oskarżenia.

    Prokurator zapewniał, że część z celników uzależniała swoją pracę od korzyści z łapówek. Jak brali? Prokurator zapewniał, że system był prosty: kierowcy przekraczających granicę autobusów zostawiali gotówkę dla celników na podłodze pojazdu.

    Był i inny sposób: kierowca szedł do przygranicznego sklepu "Baltony" kupował kawę albo alkohol, towar zostawiał w sklepie dla konkretnego celnika. Prokurator nie wskazał tylko, dla którego z nich, od kogo, kiedy i ile.

    Wcześniej każdego z zatrzymanych obłożony dozorem prokuratorskim, zakazem opuszczania kraju, każdemu zabrano paszport i zastosowano poręczenie majątkowe w razie, gdyby unikał kontaktu z organami ścigania. I zawieszono w czynnościach służbowych.

    Mogło być gorzej. Można się było narazić na tymczasowe aresztowanie, a to było równoznaczne z natychmiastowym wydaleniem ze służby, jak nakazuje ustawa o służbie celnej.

    - Tak sformułowane przepisy sprzyjały uzyskaniu przez prokuratora zeznań w postaci przyznania się do winy oraz pomówienia innych - tłumaczy jeden z obrońców oskarżonych. - Wówczas unikali aresztu i zwolnienia z pracy.

    Jedna butelka to za mało

    W przemyskiej Izbie Celnej krążyło przekonanie, że lepiej jest być wobec prokuratora spolegliwym, bo opór się nie opłaca (prokuratura sporządziła wnioski o areszt).

    W pierwszej chwili przed prokuratorem i przed śledczymi z CBŚ celnicy zaczęli pleść niestworzone historie, byle nie dać się aresztować. Skarżyli na swoich kolegów, więc atmosfera na przejściu zrobiła się arcypaskudna, ale takie zeznania pozwoliły prokuratorowi na zatrzymanie kolejnych celników.

    Kilku z tej osiemnastki przyznało się natychmiast do łapownictwa, "sypiąc" kolegów. Potem tych kilku ochłonęło z pierwszego szoku po zatrzymaniu i odwołało zeznania.

    - Prokurator powiedział, że jak się nie przyznam i nie złożę wyjaśnień, to zostanę zatrzymany - zeznawał potem jeden z funkcyjnych celników. - Zdawałem sobie sprawę, że jeśli zostanę aresztowany, to zostanę dyscyplinarnie zwolniony z pracy. Nie miałem swobody wypowiedzi, śledczy formułowali całe twierdzenia, które miałem potem potwierdzić.

    Jego kolega z pracy potwierdził przed sądem: "Miałem sugerowane przez prokuratora odpowiedzi na jego pytania". Kolejny dodał: "Funkcjonariusz CBŚ przedstawiał mi kolejne sytuacje, a ja potakiwałem głową, że tak było. Nie były to wyjaśnienia pochodzące ode mnie".

    - Podawałem te nazwiska, które podał mi prokurator, podawałem okoliczności, które chciał prokurator - zeznawał celnik, który na granicy spędził ćwierć wieku.

    Następny przyznał otwarcie, że przyznał się do przyjęcia dwóch butelek wódki od kierowcy autobusu. Przyznał się ze strachu przed tymczasowym aresztowaniem i wydaleniem ze służby.

    - Przyznanie się do czegokolwiek gwarantowało uniknięcie aresztowania i utrzymanie zatrudnienia - tłumaczył F. przed sądem.

    - Presja prokuratora, wizja aresztowania i sugestie adwokata skłoniły mnie do wymyślenia tych nieszczęsnych dwóch butelek wódki. Przyznanie się do jednej butelki nie wystarczyło przesłuchującym. Kontaktowali się z prokuratorem telefonicznie i stwierdzili, że dopiero przyznanie się do dwóch butelek pozwoli mi na uniknięcie aresztu.

    Czasem dwie butelki nie wystarczyły, śledczym milsze było obciążanie kolegów z przejścia granicznego.

    - Wiedziałem, że mogę zostać tymczasowo aresztowany i postanowiłem obciążyć funkcjonariuszy, których nazwiska przedstawił mi mecenas - oświadczył celnik R.

    Prokuratura jak święta inkwizycja

    Tych osiemnastu, uniewinnionych z końcem listopada 2011 r., znało losy kolegów po fachu. Nie oni pierwsi trafili przed oblicze prokuratora w 2008 roku. Od kwietnia do października 2007 roku CBŚ zatrzymało już 52 celników pracujących na granicy z Ukrainą.

    Część z nich nie chciała słyszeć o przyznaniu się do winy. Ci zatrzymani rok później korzystali z doświadczeń kolegów. Skorzystał też celnik O.

    - Wiadomo, że w 2007 roku aresztowani byli najczęściej ci funkcjonariusze, którzy nie przyznali się do zarzutów korupcyjnych - tłumaczył przed sądem fakt, że początkowo przyznał się do zarzutów. - Natomiast ci, którzy się przyznali, byli zwalniani do domu.

    Jego kolega K. potwierdził: "Było takie przeświadczenie, że kto się przyznał, nie był aresztowany. Panowały opinie, że lepiej przyznać się do drobnych rzeczy, a później obrońca sobie z tym poradzi".

    Z tych 18 nieliczni przyznali się do przyjmowania łapówek i tylko po to, by uniknąć aresztowania na 3 miesiące. Potem odwołali przyznanie się do winy. I przed prokuratorem i przed sądem. Dla nich to i tak był wyrok z odroczonym terminem wykonania. Mogli się przyznać do czegokolwiek, kupując sobie za to trochę czasu.

    Przyznając się, nie zostali aresztowani, nie tracili pracy, byli jedynie zawieszeni w czynnościach służbowych. Tylko trochę czasu sobie kupili, bo kiedy akt oskarżenia wpłynął do sądu, automatycznie (bo na mocy ustawy o służbie celnej), byli z tej służby wydalani.

    Akt oskarżenia powstał w rok od zatrzymań, kolejne dwa lata trwał proces. Osiemnastka celników formalnie nie była skazana, ale faktycznie - już bez pracy, zwolniona niemal dyscyplinarnie i z pobrudzonym aktem oskarżenia życiorysem zawodowym.

    Gorzka satysfakcja

    Dla każdego z nich prokurator domagał się od półtora roku do dwóch lat pozbawienia wolności, kary grzywny, przepadek korzyści, którą mieli uzyskać w wyniku działań korupcyjnych. Czyli od 300 do 3 tys. zł.

    Po trzech latach doczekali się rozstrzygnięcia przed Sądem Rejonowym w Przemyślu - niewinni. Uzasadnienie do wyroku było dla przemyskiej Prokuratury Okręgowej kompromitujące.

    "Materiał dowodowy - wyjątkowo szczupły" - sędzia i tak był łagodny w sformułowaniach. "Prokuratura w żaden sposób nie weryfikowała wyjaśnień podejrzanych". Wystarczyło, że podejrzany X rzucił podejrzenie na Y, Y stawał się podejrzanym i obciążał Z, ten kolejnych, a wszystko ze strachu przed aresztowaniem i utratą pracy.

    Prokurator w ani jednym przypadku nie był wstanie określić, kto konkretnie, za co konkretnie, kiedy i konkretnie od kogo wziął łapówkę.

    - Wyjaśnienia składane były pod wpływem strachu spowodowanego zatrzymaniem i tymczasowym aresztowanie - stwierdził sędzia. - Podejrzani podawali więc fakty, które nie miały miejsca.

    Śledczy nie zadali sobie trudu, żeby przejrzeć zapisy z monitoringu kamer, którymi przejście graniczne w Medyce jest usiane, nie zastosowali zakupu kontrolowanego, prowokacji, podsłuchu.

    Prokuratura miała jednak swój mały sukces: z całej osiemnastki skazany został celnik T. I rzeczywiście za łapówkę. Udowodniono mu, że wziął 250 zł i reklamówkę pełną wędlin. Za tendencyjne sędziowanie meczu Żurawianki Żurawica z Orłem Torki.

    Tyle że w tym spektaklu występował w charakterze sędziego głównego, a nie celnika. Bo jako oskarżony o korupcję na granicy - też został uznany za niewinnego.

    Czytaj treści premium w Nowinach24 Plus

    Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

    Komentarze (55)

    Wszystkie komentarze (55) forum.nowiny24.pl

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo